niedziela, 19 kwietnia 2015

Uczymy się siebie nawzajem

Jak trafiliśmy do szpitala?
Nasz lekarz prowadzący, po zbadaniu mnie (w 40 tc i 1 dniu), stwierdził, że nie ma co czekać, bo szyjki nie mam, a rozwarcie jest i że należy wcześniej pojechać do kliniki, bo poród może nastąpić lada chwila. Myślałam, że będzie to kwestia kilku dni, a on nas zaskoczył pytaniem, czy moglibyśmy pojechać tam już dziś. Zdziwiliśmy się i oczywiście przystaliśmy na ten termin.

Po wizycie pojechaliśmy do domu, żeby dopakować torby i żebym mogła się ogarnąć. Wzięłam ostatnią kąpiel, ogoliłam się i po godzinie byliśmy już w drodze do kliniki. Do szpitala wkroczyłam jak mały pingwinek, chwiejąc się z boku na bok, mając u swego boku męża.

Poszliśmy się "zameldować". Potem nastąpiło badanie, na którym rozwarcie było na 2 palce, pobrano mi krew (byłam kłuta aż 3 razy!) i dano pojemnik na badanie ogólne moczu. Poszliśmy na salę (to było chyba jedyne wolne łóżko), gdzie podłączono mnie do KTG... No i się zaczęło... Dostałam skurczy raz odczułam coś dziwnego, tak jakby Tośka w brzuchu nagle się wyprostowała, jakby miała zamiar wyskoczyć, aż mną potrząsnęło. Po jakimś czasie poczułam, jakby mi się wody zaczęły sączyć, więc poprosiłam Filipa, by po kogoś poszedł. Przyszła pielęgniarka i stwierdziła, że nic nie czuje... To ją upewniłam, że mam wkładkę i  że ja czuję, nawet na plecach (miałam śliskie legginsy, więc można było nie wyczuć)! Kobitka z niezadowoleniem poszła po wózek, po czym zjechaliśmy znowu do badania.

Gdy wstałam z wózka, by udać się na badanie ginekologiczne, chlusnęły ze mnie wody. Stanęłam jak wryta, bo nie wiedziałam co mam dalej robić, czy rozebrać się i usiąść na fotel czy nie. Poproszono mnie o zajęcia miejsca na fotelu, ale przedtem cała reszta ze mnie wypłynęła - wody i czop. Okazało się, że rozwarcie jest bodajże na 3 palce (już nie pamiętam). Zabrano nas na salę porodów rodzinnych.

Na porodówce Filip był niezastąpiony. Cały czas mnie wspierał. Już sama jego obecność dodawała mi otuchy. Mieliśmy pokój z łazienką do własnej dyspozycji. Podłączono mnie do KTG, a po tym mogłam udać się na 40 min "posiadówkę" pod prysznicem, gdzie ciepła woda niwelowała intensywność bólu skurczy.

Jako, że mieli problem z pobraniem mi krwi do badania morfologii, podłączono mi wenflon. Gdy dowiedzieli się, że dawno nie jadłam, dostałam glukozę, a później - jak to nazwała pielegniarka - red bull dla ciężarnych.

Skurcze miałam dosyć regularne, dopóki nie doszło do parcia. Skurcze zaczęły być bardzo nieregularne, więc podłączono mnie do oksytocyny. Podano mi największą dawkę, ale na nic to się zdało, bo nie widać było poprawy. W pewnym momencie wyraziłam chęć na znieczulenie, niestety anestezjolog nie dotarł a ja zaczęłam rodzić.

Miotałam się jak szatan podczas skurczy. Bolało mnie w krzyżu, szczególnie z prawej strony (tam właśnie musiałam naciągnąć sobie mięśnia, który mi dokucza :/). Starałam sobie sama rozmasować plecy, bo to ja wiedziałam, gdzie potrzebuję nacisku, a gdzie nie. Raz poprosiłam o masaż Filipa. Kazano mi się układać w tak wymyślnych, niewygodnych pozycjach, że mnie to zirytowało.

Uprzedziłam pielęgniarkę, że mam ochotę przeklinać, a ta dała mi zielone światło, więc podczas skurczu można było usłyszeć "o kur**, ja pier****". Podobno - jak zrelacjonował mi później Filip prawie powiedziałam do położnej "spier*****"... Ale na "spier" się skończyło :D Męczyła mnie trajkotaniem, a ja podczas bólu potrzebuję ciszy...

Podczas parcia oczywiście mówili mi, że to już końcówka, że dobrze sobie radzę, bym mocno parła itp. Miałam nie złączać nóg - co chciałam w pewnym momencie zrobić - by nie skrzywdzić małej. Gdy położna zauważyła główkę, myślała że sprytnym zabiegiem sprawi, że dostanę super mocy i wypluję maleństwo w sekundę - chciała bym dotknęła włosków Tośki. Ja odmówiłam, ale wzięłam się w garść, by szybko zakończyć cierpienie. Wiedziałam, że jest przed 24, więc wypadało by urodzić. Wyraziłam też zgodę na nacięcie krocza, więc wszyscy z niecierpliwością czekali na skurcz, by przy moim parciu naciąć mi krocze. Ja miałam serce w gardle i strach w oczach, ale udało się trafić na intensywny skurcz i nie poczułam nic.

Filip przecinał pępowinę a po chwili małą miałam już w ramionach :).

Później było łyżeczkowanie (nieprzyjemny "incydent"), bo nie urodziłam całego łożyska oraz szycie. To ostatnio strasznie mi się dłużyło, ale dzięki temu mogliśmy z Filipem cieszyć się szczęśliwym zakończeniem i naszym maleństwem. Było już późno, więc nie mógł przyjść do mnie na salę poporodową, ale był u mnie z samego rana. Mała przespała spokojnie całą noc.

Antonina Freja

Po porodzie
Teraz staramy się uporządkować swój dzień. Filip bardzo mi pomaga. Gdy ja potrzebuję odpoczynku, to on zajmuje się małą, a gdy on nabiera sił - ja. Mała daje mu wiele szczęścia. Miło patrzeć, jak razem ze sobą śpią.

Staramy się zapisywać kiedy mała zaczyna i kończy "posiłek", dzięki temu tworzy nam się obraz tego, ile czasu mamy między jej jedną drzemką a drugą.

Pieluchy kończą się w zastraszającym tempie i co dzień robię pranie.

Cieszymy się każdą chwilą.


Pozdrawiam,
Agnieszka